Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

cudowny świat

W cudownym świecie roiło by się od cudów, a pomyłki czy głupoty ludzkie zagrażające życiu innych nie miały by miejsca, ale pomimo zapowiedzi wielu bliskich osób, to nie ten świat, chociaż nawet tu co jakiś czas zdarzają się rzeczy niezwykłe, i można z całą pewnością nazwać je cudami.


 

 

cudowny świat

 

miałem być świadkiem wielu cudów

spisanie tego leksykonu diabelskich paktów
zajęłoby mnóstwo straconego czasu
którego nie mieli oczekujący na te szatańskie sztuczki
sprzedawane za grosz przyzwoitości
przez podróżnych kuglarzy znachorów czarownice
w tajemniczych miejscach
obietnice mistyfikatorów czy fortele przydrożnych magików

codziennie otrzepuję się z samotności
odzierającej z kolorów oczo-
doły wykopanych na cedrowe skrzynie
zalewane hektolitrami promilo-płynów
by wrócić do pierwszego jaki widziałem

cudu narodzin


images

i tak, żeby troszkę sobie pośpiewać o cudach, tym razem o cudzie miłości


 

les yeux du père

Córce, na zakończenie pierwszego roku (z wyróżnieniem i czerwonym paskiem) w szkole baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej w Poznaniu.


 

 

les yeux du père

 

ostatni próbny szlif przed spełnieniem wielkiego marzenia,
występu w historycznym gmachu projektu maxa littmanna
ma za sobą. i już nieważne, czy pierwszym, kogo usłyszy będzie
wagner, mozart, offenbach, a może pierwsze wibracje
dźwięków wprawią giętkie ciało w żeglugę po nutach moniuszki,
kurpińskiego czy elsnera.

głowa krąży wysoko ponad szczytem kamiennej inspiracji,
próbując nastawić percepcję na własny kanał,
gdzie trema znika na marną chwilę przy każdym zamknięciu powiek,
oznaczając, że czas już na przywołanie motywacyjnych taktów
budzących uśpioną momentem nostalgii pasję, bijącą od pierwszego
entrée* zakończonego arrondi przez kołysany balanse i cabriole po
magiczne obroty fouetté, kunszt pas de poisson i każde niczym
malowane pędzlem wielkich mistrzów passé przy jednoczesnym
akompaniamencie port de bras, klasyczną ozdobą wszystkich figur.

a na koniec czeka deser dla samego artysty,
crème de la crème w postaci braw płynących z rzędów publiczności
układających się w rozentuzjazmowane fale morskie,
nadające konsensusu wszystkim latom wielu wyrzeczeń.
wyłaniając się z ich głębi, ze łzami w oczach krzyczę:
„ma petite fierté**, ma petite fierté!”.

 

 

les yeux du père – oczami ojca

* początkowo wszystkie części baletu klasycznego (wejścia), sposób podziału spektakli na części np. na 3 e. fragment baletu służący ekspozycji bohaterki, bohatera, zespołu.

** moja mała duma

arrondi, balanse, cabriole, fouetté, pas de poisson, passé, port de bras – terminologia tańca klasycznego, głównie figur baletowych z poprawnym układem rąk i nóg


piękny dziedziniec w/w szkoły w blasku słońca

54bfe9f7c14ff_o


 

LULU JAMES – CLOSER

Lulu James – brytyjska śpiewaczka elektroniki i soul. Urodziła się w Tanzanii w 1991 roku, kiedy miała 6 lat przeniosła się do Wielkiej Brytanii, gdzie w 2013 roku wydała swój jak na razie jedyny singiel pod tytułem „Sweetest thing”. Pod spodem prezentuję jeden z utworów jej debiutanckiego singla „Closer”. 


 


 

lulu-james_1

 

Lulu-James


 

mam nadzieję, że się podobało po dłuższej przerwie, na początek dobre i to :-)

przypomnienia

Każdy zinterpretuje sobie poniższy po swojemu, można by pisać wiele albo nic. Kwitować cytatami, aforyzmami w stylu „śpieszmy się kochać ludzi….”ale po co. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli wyszło patetycznie to przepraszam.


 

 

przypomnienia

 

wystarczy zwięzły zapis
dokonania
ostatniego ziarenka
klepsydry w dzienniku powszednim
by wywołać zza zamkniętych drzwi
zapracowania i obojętności
poczucie winy
przepełnionej goryczą
w bezgłosie spóźnienia

z oddali dobiega
grane na zwłokę
requiem

 

Alex Under


W obrazku wyróżniającym post użyłem zdjęcia słynnego muzeum z pola ryżowego  Ryue Nishizawy, który zaprojektował je bez widocznych eksponatów. To przedziwny budynek, którego główną „lokatorką” jest pustka. Teshima Art Museum – to tajemniczy, biały owal, skryty wśród traw, krzewów i pól ryżowych japońskiej wyspy Teshima. Zbudowany z betonu, jest organiczną strukturą, nie nasuwająca skojarzeń z miejscem prezentacji dzieł sztuki. Elementem budynku są też prowadzące do niego, wijące się między roślinnością, także betonowe platformy – chodniki. Pod spodem kilka innych zdjęć z tego przedziwnego miejsca.

Ryue_Nishizawa2

Ryue_Nishizawa3

Ryue_Nishizawa6

5

 

„Chciałem stworzyć budynek, który byłby jednocześnie zamknięty i otwarty, który skrywałby dzieła sztuki, ale zarazem otwierał się na przyrodę, łączyłby w jedną całość środowisko, sztukę i architekturę”, mówi Nishizawa. Muzeum w znacznej części ukryto pod ziemią; w częściach, które wznoszą się ponad nią wycięto nieregularne otwory (bo nie można ich nazwać oknami), które „wpuszczają do wnętrza przyrodę” – światło, deszcz, dźwięki. Jeden z krytków napisał o budynku, że powstał „nie jako projekt architektoniczny, ale wynik twardych negocjacji z niebem i ziemią”.


 

villa-etico-nella

Kolejna villanella w moim skromnym wykonaniu, czy można żyć etycznie w związku…? frazeologicznym? sami poczytajcie.


 

 

villa-etico-nella

 

w ryzach woli trzymam wady i zalety
popuszczając sznury równo z obu końców
żartobliwie tak dla stety lub niestety

chociaż wiem już jak nie zostać nigdy świętym
zamieniając słabość w walor i na odwrót
żyć odkrywać naraz wady i zalety

nawet kiedy dobre rady idą w pięty
powtarzając do znudzenia jeden moduł
burzę wszystko w słowach stety i niestety

i choć nieraz przypadkowo jakiś kretyn
do myślenia nieetyczny daje powód
bym do serca wpuszczał wady nie zalety

zacierając przy tym świeży zapach mięty
wchodzę ślepo w rzędy ludzkich korowodów
czekam aż się stanie stety czy niestety

czas przełamać wreszcie impas wejść w zakręty
jeden wsteczny niech oznacza krok do przodu
omijając przy tym wady nie zalety
niszczę więzi związku stety i niestety

Alex Under


 

jak to śpiewała Paktofonika…

wszystko

czy istnieje wyraz stety? odpowiedź według poradni językowej PWN:

„Jest żartobliwe. Upowszechniło się w tym zwrocie i w zasadzie mogłoby być notowane w słownikach jako związek frazeologiczny. Nie ma jednak jednej, kanonicznej postaci, oprócz przytoczonego w pytaniu „Niestety. Albo stety” można bowiem spotkać też inne użycia, por. w Narodowym Korpusie Języka Polskiego: „Niestety czy stety (…)”, „Niestety, a raczej stety…”, „Niestety, a może stety…”, „Stety czy niestety…”. Błahe na pozór stetyokazuje się więc wyzwaniem dla leksykografa, który musi opisać znaczną wariantywność zwrotów zawierających to słowo. Alternatywą może być próba zdefiniowania samego stety, na przykład tak: „słowo zestawiane żartobliwie ze słowemniestety na znak, że mówiący się waha, czy ocenić daną sytuację jako negatywną, czy pozytywną”.

                                                            Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski


Pogorzelisko

Denis Villeneuve – reżyser filmowy i scenarzysta, jak mawiają w kraju klonowego liścia, wielka nadzieja na odrodzenie kanadyjskiego kina. Twórca takich hitów ostatnich lat jak „Wróg” z Gyllenhaalem, czy z tym samym aktorem i Hugh Jackmanem „Labirynt”. Ja jednak skupię się na obrazie tego reżysera z 2010 roku, nominowanym do Oscara w 2011 roku w kategorii -film nieanglojęzyczny- „Pogorzelisko”. Dla mnie jeden z największych i najważniejszych dramatów wojennych tego stulecia. Nie ma bardziej przerażającej rzeczy niż wojny domowe, gdzie cierpienia i śmierć najbliższych przenoszą się niczym wirus na kolejne pokolenia. I tak właśnie jest w tym filmie, który ukazuje to co stało się niegdyś z klejnotem bliskiego wschodu, Libanem,  a raczej co z niego zostało. Zgliszcza i tytułowe „Pogorzelisko”. A dla głównych bohaterów będzie to próba zmierzenia się z pokoleniową przeszłością i okrutnymi tajemnicami własnych korzeni. Film już od pierwszych chwil jest wielką tajemnicą i niemal przez całe sto trzydzieści minut trzyma w napięciu, a końcowe minuty wbiją  w fotel nawet najbardziej wybrednych widzów. Zapraszam na seans, tym bardziej, że całkowicie za darmo:-)


 

http://www.cda.pl/video/142741b8/Pogorzelisko—Incendies-2010-Lektor-PL


 

plakat reklamujący film

pogo

 


 

zagadka klepsydry

Czasem warto dostać drugą szansę. Nie mnie oceniać kto na nią zasługuje, ale można czasem ją postrzegać w kategorii cudu, prezentu, oświecenia. Wiecie, że klepsydra to nie tylko szklane bańki z ziarenkami uciekającego piasku, czasu. Zapraszam do poczytania mojego pierwszego opowiadania „Zagadka klepsydry”


 

 

Zagadka klepsydry

 

Dzień zacząłem jak zwykle od zrugania niestosownymi epitetami głośno dzwoniącego budzika i postawienia lewej nogi jako pierwszej na włochatym dywanie. Nie ukrywam, że lenistwo góruje w moim festiwalu porannych zachowań, stąd myję zęby i golę się tylko jedną ręką, myśląc, czy poranna kawa i śniadanie zrobiło się samo – no niestety, zrobiła je żona, po raz kolejny zapomniałem, że nie mieszkam sam od jakiś dziesięciu lat, nie wspominając już o dzieciach, których kłótnie po jakimś czasie zaczynają docierać do głowy. Pamięć bywa ulotna, zwłaszcza rano, gdy umysł tylko o tym, kiedy znów pójdzie spać, a ciało wyśpi się za wszystkie czasy. Pesymistyczna, a w dodatku sarkastyczna odpowiedź przyszła natychmiast – na cmentarzu. I wszystko jasne, nawet kawa tak nie stawia na nogi, ale wypiję, bo ktoś się może obrazić, a kolejnego dnia bez dialogu nie zniosę. Ile już ich było? Nie ma nic bardziej irytującego jak cisza wszechogarniająca dom pełen ludzi.

Po niespełna dwóch godzinach rodzinnego wstawania i doprowadzania swojego wizerunku na skraj wizualizacji fotoshopa, udało się wyjść z domu po gazetę. Nie ma to jak stek informacji czytanych nad aromatem świeżo wydrukowanej prasówki pomieszanej razem z filiżanką parzonej, kiedy jej kolejny łyk przynosi subtelny i pełny smak. Każdy ma swoje zboczenia, a po ich celebrację wracam do mojego pałacu, zanurzając usta niestety już w czarnej mrożonej. Zaczynam przeglądać artykuły. Nic, o czym bym już nie wiedział, internet jest o 24 godziny szybszy. Chwilę zadumy nad sensownością jej kupowania, chęć ucieczki przed domowymi obowiązkami – to jedno, a drugie? – tak robił mój ojciec. Ciężko wyzbyć się nawyków z dzieciństwa, obserwujesz i robisz, jak dorośniesz, dokładnie to samo. Pewnie to znacie, ale pasuje jak ulał „czym skorupka za młodu nasiąknie…” i tak dalej. Ale nie o tym teraz chciałem opowiedzieć, jest jedna strona, do której jak najszybciej chcę się dostać, i w zasadzie żaden inny nagłówek nie jest w stanie mnie zatrzymać, dopóki nie dotrę na miejsce. Później cofam się oczywiście do momentu, który choć trochę przykuł moją uwagę, przedtem jednak pędzę do niej ekspresem. W końcu jestem, ulubiona, okraszona krótkimi zwięzłymi słowami, smutek wycieka przez palce, a mimo wszystko mam uśmiech na twarzy. Ile osób przestało dziś palić? – dobrze odgadliście, to nekrologi. Kolejne moje dziwactwo.

Za młodu szukałem najstarszej osoby wśród grona „szczęśliwców”. Wygrywającemu zwracałem życie, ot taka niewinna zabawa bez celu i sensu (bo przecież mocy nadprzyrodzonych nie posiadam, choć w tamtym okresie mocno w to wierzyłem), za to świetnie zapychała czas nudy. Teraz jest inaczej, z wiekiem zmieniają się priorytety, a i w zabawach szukam czegoś innego. Pomyślicie, dorosły facet, a szuka frajdy w nekrologach – chory psychopata. Nim mnie zlinczujecie, zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy po trochu dziećmi. Nawet gdy dorosłość zajrzy nam w oczy, cały czas staramy się szukać i wracać do zamierzchłych czasów, w których człowiek się odnajdywał, czuł radość z każdej wykonywanej rzeczy, a część z nich przenosimy w innych postaciach do teraźniejszości. Zmieniamy tylko własną percepcję na taką, która wydaje się wystarczająco poważna w stosunku do naszego wieku. Swoją drogą, zawsze potrafiłem znaleźć takie zajęcie, przy którym zatracałem się w czasie, czując się świetnie w swojej samotności. Wracając do meritum, jestem na etapie, gdzie odnajduję znajomo brzmiące nazwiska, czy miałem kontakt z tymi osobami, gdzie mieszkały, i wszystko, co tylko potrafię sobie przypomnieć na ich temat. I tego dnia na takie natrafiłem.

To było chyba najgorsze nazwisko, na jakie mogłem się natknąć. Żadne inne nie wywołałoby tylu skrajnych uczuć, żadne inne nie byłoby takim szokiem jak to, które własnie przeczytałem. W kuchni zrobiło się zimno mimo upału na zewnątrz, miałem gęsią skórkę. Włos się zjeżył nie tylko na głowie, dziwny dreszcz przeszył ciało po same palce u stóp. Paraliż kompletny. To było moje nazwisko. Co gorsze, obok niego widniało takie samo imię. Wiek tego biedaka był zbliżony, różnica wynosiła, zaledwie jeden rok, zabrakło mi słów, choć nigdy nie uchodziłem za duszę towarzystwa, oszczędnie wypowiadając się w każdej kwestii, to tym razem tysiące myśli kotłowały się wewnątrz, ale żadna nie chciała znaleźć ujścia.

Nie mam pojęcia, ile upłynęło czasu, gdy szczęka wróciła na swoje miejsce, ale uwierzcie, trochę to trwało. Zerwałem się z krzesła na równe nogi, zrobiło się koło południa, w domu żywej duszy. Zastanawiałem się, co teraz zrobić, kim on jest? W mig przeleciałem pamięcią przez całą rodzinę, nikogo jednak z takim samym imieniem nie odnalazłem. To było jednocześnie niesamowite i straszne. Po chwili opanowałem emocje, spojrzałem w kierunku stołu, gdzie leżała ta niezwykła informacja. Przeczytałem ze spokojem po raz kolejny. Z treści wynikało, że pogrzeb ma odbyć się następnego dnia na cmentarzu junikowskim o 12.00, a msza święta w intencji zmarłego w kościele Najświętszej Marii Panny dzień później o tej samej godzinie. Przecież to moja parafia, uświadomiłem sobie po chwili. Kolejny raz coś uderzyło mnie w potylicę, przypuszczalnie wyglądałem jak po zetknięciu z ufo, tylko bardziej przerażony. Wiedziałem jedno, nie mam wyjścia, muszę tam pójść i zobaczyć chociaż jego twarz, a jeśli to będzie konieczne, otworzyć wieko trumny, inaczej skonam w niewiedzy. Do końca dnia nie dawało mi to spokoju, nie rozmawiałem z nikim, nie mogłem myśleć o niczym innym, w głowie miałem jedno: kto leży w tej cholernej skrzyni?

Następnego dnia reżyseria poranka domowego wyglądała podobnie, z wyjątkiem mojego wyjścia po świeżą gazetę. Zupełnie o tym zapomniałem, zapomniałem też w kolejny dzień pójść do pracy i po raz kolejny nie odwiozłem dzieci do szkoły. Na szczęście druga połowa jest bardzo wyrozumiałą osobą i wyręczyła mnie we wszystkim, nie robiąc ani jednego wyrzutu, a jeszcze przyszykowała śniadanie i zaparzyła filiżankę kawy,  zresztą jak zwykle. Ja natomiast, będąc od wczoraj samolubnie, samodzielnie myślącym facetem, nie mogłem doczekać się 12.00, gdy stanę w wiadomym miejscu i zaspokoję swoją nieodpartą ciekawość, która zżera mnie od środka ponad dobę.

Zbliżała się godzina zero, a ja zbliżałem się do kolejnego życiowego celu, który sobie upatrzyłem. Z impetem wbiegłem na cmentarz, udając się w stronę kapliczki (może w końcu odpocznę), gdzie odbywały się wszystkie pożegnania. Plan był taki: szybkie wejście, przemarsz lewą nawą tak, żeby nie wzbudzić podejrzeń opłakujących i dostanie się pod samą trumnę, by ujrzeć, miejmy nadzieję, nieznajomą twarz i dać upust własnej ciekawości. Może to okropne, może niemoralne, ale postanowiłem i kropka, nie ma odwrotu. To, co mną kierowało, nie można opisać słowami, wiedziałem dobrze,  że w domu nikt by tego nie zrozumiał, że w swoich pomysłach i dążeniu od dawna jestem osamotniony. Już mi to nie przeszkadzało.

Wszedłem ze spuszczoną głową i od razu skierowałem kroki na lewo, pomaszerowałem na wielkim spidzie pod katafalk i bardzo ciężkim ruchem zwróciłem oczy ku górze, Nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyłem. Taki zawód, tyle czekania, tyle przeżyć od wczoraj. Prawie zjechałem, ujrzawszy przed sobą urnę. Spalili go, poganie pieprzeni, spalili i nie pozwolili zobaczyć, i to mnie, największemu fanowi. Odwróciłem się i omal nie zemdlałem, chwiejąc się i tracąc na chwilę świadomość. Od paru dni ktoś bardzo pragnie wysłać mnie na tamten świat – pomyślałem, serce już nie wytrzymywało całego napięcia. Naprzeciwko stała moja żona wraz z dziećmi. Podchodząc, podała mi rękę, bym mógł się na niej wesprzeć i powiedziała z ostrożną nadzieją w głosie:
-Wiedziałam, że przyjdziesz, wiedziałam, że cię tu sprowadzę tylko w taki sposób, nie masz pojęcia, od kiedy to planuję, jesteś strasznie przewidywalny, kochanie, i zamknięty w swojej skorupie. Jeżeli nie chcesz umrzeć dla nas, tak jak my umarliśmy już jakiś czas temu dla ciebie, to oprzytomniej i wróć z nami do domu, zaczynając wszystko od początku.  Jeszcze nie jest dla nas za późno.

Kolejny dzień zaczęliśmy zupełnie inaczej niż zwykle…

Alex Under


Klepsydra – to zegar wodny , w późniejszych czasach także piaskowy, składający się z dwóch, zazwyczaj szklanych baniek, z czego jedna znajduje się dokładnie nad drugą, połączonych rurką przepuszczającą określoną ilość wody lub piasku w określonym czasie. Konstrukcja znana była już na 1500 lat p.n.e. Znane są klepsydry odmierzające od kilkudziesięciu sekund do doby.

klepsydra

a to klepsydra z opowiadania

 KLEP


repeat

Są rzeczy, które trzymamy w głowie pomimo najszczerszych chęci zapomnienia, a jeśli nie  można wykasować, to może chociaż można zastąpić…? zapraszam do poczytania


 

 

repeat

 

na nowo

porastam wspomnieniami roz-
łąki zatopionej we wczorajszym morzu chabrów i firletek
na upalnej nucie lata mijały się oddechy
maszerując gęsiego śladami rosy po szyi
czułem mrowienie pod stopami z kopca
usypanych błędów kiedyś niepopełnianych seryjnie
zabijam nas resetując własną pamięć

szarość w burej słocie dżdży tylko
pies szczeka
nadzieją jeszcze zdążę pokolorować
niewyrwane kartki kalendarza czekają
gdzieś inne barwy pachnące intensywniejszą wonią
firletek i chabrów w jutrzejszym morzu zatopionych łąk
wspomnieniami porastam

nowymi

 

Alex Under


 

Pamięć semantyczna – rodzaj pamięci służący do łączenia w grupy informacji o podobnym charakterze. Przypuszczalnie powstała na drodze ewolucji pamięć semantyczna – skojarzeniowa. Działa ona prawdopodobnie w ten sposób, że w mózgu tworzone są zbiory informacji o podobnym charakterze, opatrzone pewnymi etykietami. W zamierzchłych czasach etykiety te niekoniecznie były wyrazami, lecz wraz z upowszechnieniem się języka mówionego słowa szybko nadały się do roli kluczy w pamięci semantycznej. Tak więc pamięć ta w dużej mierze powiązana jest z językiem oraz procesem kojarzenia różnych faktów. Nie ma w niej żadnych reguł co do tego, jak grupowane są poszczególne informacje i ulega ona ciągłemu procesowi nauki.

móżg

 

 

Tajemnice pamięci…


 

Rain and tears…

Demis Roussos a właściwie Artemios Wenduris Rusos (ur, 15 czerwca 1946 w Aleksandrii, zmarł 25 stycznia 2015 roku w Atenach). Grecki piosenkarz muzyki pop. Występował w kilku zespołach muzycznych: The Idols, We Five i Aphrodite’s Child. Z Vangelisem  kolegą z zespołu Aphrodite’s Child, współpracował przy tworzeniu jego płyt. Współpraca trwająca przez wiele lat przyniosła najlepsze efekty przy wokalnej adaptacji muzyki Vangelisa do filmu „Rydwany Ognia”. Szczyt jego kariery przypadł na lata 70. kiedy nagrał kilka płyt, które znajdowały się na szczytach list przebojów. Tak na pożegnanie można by zaśpiewać Demisowi jego własny utwór, jeden z największych:

i może jeszcze utwór, do którego mam sentyment

no dobrze, to jeszcze może, „Mój przyjaciel wiatr”


 

 

gość numero dodici – Barbara Marszałek

Gościa numero dodici ściągnąłem dla Was z nad Wełtawy, przybywa wraz z zestawem wierszy trzech prosto z Czech, a dokładniej z Pragi. Przedstawiam nietuzinkowego obieżyświata i poetkę Barbarę Marszałek, dla większości znana pod pseudonimami Adela tudzież Igamiga. Dzięki jej uprzejmości zapraszam teraz do poczytania wierszy mojego wspaniałego gościa i przypominam, że notkę o autorce należy odwiedzić w zakładce „GOŚCIE POEZJI”.


 

 

Miłość

 

Ja łowca wiatru przyjdę na palcach, najciszej jak się da
i  w czerwcu napiszę wiersz,
jak bezwstydnie rozbieram cię z wszystkich wątpliwości.
Na strzępy.
W świecie motyli nie żyje się długo.

 

Barbara Marszałek


 

mieszkanie wewnętrzne

 

Mieszka we mnie cień wielkiego stołu,
szkolny apel i pierwszy pocałunek.
Tłoczno, wspomnienia przychodzą i odchodzą,
niektóre nie zamykają za sobą drzwi. Przeciąg.
Nic z tego, nigdzie nie wyfrunie ten strach,
nieprzewidywalny jak piekło-niebo z papieru.

Mieszka we mnie szafa wypchana po brzegi miejscem,
z którego najlepiej widać wrzosowiska,
dom na drzewie, ciepłe mleko w kubku.
Tłoczno, obijają się o siebie upadki i siniaki,
dobre słowa, schowane na dnie pozytywki.
Bliska okolica serca.

 

Barbara Marszałek


 

za osiedlem jest park

 

Nie piszcie, nie dzwońcie.
Nie mam żadnej myśli do pożyczenia.
Dobrze mi w kocu z długimi żółtymi frędzlami.

Żukom jest wszystko jedno, wolę rozmawiać z nimi,
gdy czerwone czupryny piskląt wychodzą z ukrycia,
a pan w dresie potyka się o korzeń, drzewo milczy sto lat.

Rozdeptany żuk tuż przed śmiercią,
brzmi jak chrupany chips; mrówka umiera ciszej.
Pod podeszwą liście, pióra i skrawki sierści.

Nie piszcie, nie dzwońcie.
Nabieram wody w usta ze strumienia,
w którym kąpały się dwa wróble.

Dziś, tak jak one, pokonałam dwa kilometry.
W dziupli herbata z plasterkiem cytryny,
Jezus na krzyżu, wiśniowe firanki, zwątpienie.

Nie umiem naśladować głosów ptaków.

 

Barbara Marszałek


 

Są miejsca, które zobowiązują, których architektonicznej tradycji nie można po prostu zlekceważyć. Miasta, które mimo wielowiekowej historii, wciąż imponują ilością i strzelistością wież. Należy do nich Praga, a zwłaszcza jej stara część, wpisana ma listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ale nowoczesność rządzi się swoimi prawami. A do tych praw należy budowa wieżowców. Nie omijają one również czeskiej stolicy. Jednym z nich jest Walter Towers, którego projekt powstał w duńskim biurze architektonicznym BIG (Bjarke Ingels Group). Jego efektowna bryła przypomina literę „W”, która została skręcona i rozciągnięta w przestrzenną strukturę.

Walter-Towers-Praga-proj.-Bjarke-Ingels-Group

Praga to piękne miasto, ale myślę, że wiersze Barbary Marszałek wcale od niej nie odbiegają, mam rację…?


 

Słowna grabież grabarza